25.01.2018

Sztuka kiczem, kicz sztuką? (felieton)

czwartek, stycznia 25, 2018 Posted by Klaudia No comments

Czy dziś ktoś szanuje sztukę? Jakie i czy w ogóle ma jeszcze znaczenie w dzisiejszych, skomputeryzowanych czasach? Ktoś się nią jeszcze interesuje? Ma być piękna czy pożyteczna?

Niedawno moja znajoma zaprosiła mnie do siebie. Po kilku dniach pojawiłam się u niej w mieszkaniu, gustownie urządzone. Wszystko do siebie idealnie pasowało. Herbatę, o którą poprosiłam podała mi w kubku z nadrukowanym na nim obrazem Klimta „Pocałunek”. Nie zwróciłam na to większej uwagi. Miesiąc później na uczelni spotkałam dziewczynę z laptopem, na którym była nakładka z obrazem van Gogha „Gwieździste niebo”. I od razu przypomniał mi się się kubek widziany wcześniej u koleżanki. Zadzwoniłam do niej z pytaniem gdzie go kupiła. Odpowiedziała, że w jakimś malutkim sklepiku z upominkami za niewielką cenę. Zaczęłam się zastanawiać czy dziś klasyczna sztuka ma jeszcze jakieś znaczenie, czy traktuje się ją już tylko powierzchownie- „O, ładne! Zrobię sobie taki nadruk na koszulce”.




Raz sama, popchnięta czystą ciekawością, zrobiłam sobie wycieczkę do podobnego sklepu z upominkami. I faktycznie, na wielu półkach można było zauważyć przedmioty z różnymi dziełami sztuki, ale najwięcej było Van Gogha i Klimta. W oczy rzuciły mi się filiżanki z „Pocałunkiem” Kilmta. Szczerze mówiąc były naprawdę ładne, nawet przeszło mi przez myśl czy może ich nie kupić. Po chwili uświadomiłam sobie, że właśnie sama potraktowałam sztukę jako zwyczajną ozdobę, kupioną za grosze by wypełnić mieszkanie czymś ładnym, co je udekoruje. Z jednej strony sztuka przecież do tego służy, ma ładnie wyglądać, upiększać wnętrza. Gdyby spojrzeć na to z innej strony, sztuka niesie ze sobą coś więcej niż tylko pustą dekorację. Jest czymś na co możemy patrzeć godzinami i nigdy się nam to nie znudzi, gdyż odnajdujemy tam miłe wspomnienie z naszego życia, widzimy w niej chwilę, tą ulotną chwilę, w której byliśmy szczęśliwi.

Kiedyś sztukę się ceniło. Tworzyli ją wielcy artyści, tacy jak: Leonardo da Vinci, William Turner, David Caspar Friedrich czy Claude Monet. W ich czasach aby dzieło mogło stać się sztuką artysta musiał poświęcić mu wiele czasu i energii. Dawniej o sztuce nie tylko trudno było mówić, ale nawet niekiedy nie należało, gdyż przez niektórych uważana była za zarezerwowaną dla koneserów. Dziś niewielu jest zainteresowanych tą klasyczną sztuką, niewielu szuka przesłania jakie za sobą może kryć. Teraz autor nie musi być wielkim artystą. Obrazy nie przedstawiają wspaniałych pejzaży czy szczegółowych portretów. Dziś wystarczy, że namalujemy „kwadraty” i otrzymujemy miano artysty, np. tak jak Kazimierz Malewicz i jego „Czarny kwadrat na białym tle” czy „Czerwony kwadrat”.

Ja uważam sztukę za coś wyjątkowego, jest ona czymś co płynie z wnętrza artysty, częścią jego duszy. W ten sposób autor wyraża siebie. Nie twierdzę, że jest ona tylko dla koneserów, wręcz przeciwnie. Inni również powinni się nią zachwycać.

I tu stawiam pytanie: Ale czy jest się dziś czym zachwycać?

Wszystko co jest lub było kiczem, może stać się sztuką”.
Słowa te należą do niemieckiego filozofa i kompozytora- Theodora Adorno. Myśląc o dzisiejszej sztuce ciężko mi się nie zgodzić z powyższym cytatem. Granica, która kiedyś istniała pomiędzy kiczem a sztuką, dziś zanika. Po woli tracimy rozpoznanie czym jest kicz, a czym jest sztuka. Kiedyś przestaniemy je w ogóle rozróżniać.

Myślę, że da Vinci nie byłby zachwycony widząc swoją „Monę Lisę” w tak wielu odsłonach. Dziś to codzienność, że do internetu trafiają przeróbki oryginału Leonarda- Mona Lisa w stroju Supermena, z iPhonem, z twarzą gwiazd filmowych, a nawet spotkałam się z Moną Lisą w postaci ludzika Lego. A wspomniany wcześniej Klimt i van Gogh? Ich dzieła są wszędzie, na torebkach, koszulkach, zeszytach, etui na telefony. Ich twórczość została sprowadzona do ładnego „obrazka”, motywu, który warto umieścić na przedmiotach codziennego użytku bo dobrze się sprzeda.


Sztuka gubi się w dzisiejszej fali falsyfikatów i „nowych wersji”. Dawniej było nie do pomyślenia, żeby tak traktować dzieła sztuki. Dzisiejszych ludzi nie interesuje prawdziwa sztuka. Coraz młodsze pokolenia są zainteresowane tym co się dzieje na Facebooku, a nie jakimś tam, starym kawałkiem płótna, na którym jest coś nabazgrane. Co stanie się ze sztuką w przyszłości? A może jest to sposób na przybliżenie świata sztuki zwyczajnemu człowiekowi?

22.01.2018

Bio art jako sztuka nowych mediów - artykuł popularnonaukowy

poniedziałek, stycznia 22, 2018 Posted by Agata Klimek No comments


Współcześnie sztuka nie wywołuje już aż tak silnych emocji. Artyści poszkują więc rozwiązań, które mogą szokować i budzić kontrowersje, czy nawet oburzenie. Efektem tych poszukiwań jest bio art, który zaliczany jest do sztuki nowych mediów.

Należy sobie jednak odpowiedzieć na pytanie czym różni  się tradycyjna sztuka od sztuki nowych mediów. W przypadku tej pierwszej wykorzystywane są klasyczne środki artystyczne, a więc farba, dłuto bądź glina. Istotny jest także manualny charakter tradycyjnej sztuki. Jej wytwory są wynikiem wkładu i ciężkiej pracy jaką artysta włożył w stworzenie swojego dzieła. Ryszard Kluszczyński określił sztukę nowych mediów jako przeciwstawną do tworzyw wykorzystywanych w tradycyjnie pojmowanej sztuce. Jak sam twierdzi, nowe media wykorzystują rozwiązania techniczne i związane z nimi procesy oraz tzw. Immateriały, czyli opracowane za pomocą tych rozwiązań technicznych środki [1]. 
Mówiąc prościej, nowe media wykorzystują najnowsze technologie i czerpią z coraz to bardziej ekscentrycznych form ekspresji twórczej.  Jak już wspomniałam, przykładem sztuki nowych mediów jest bio art., czyli sztuka biologicznych mediów. Twórcy do stworzenia swoich prac wykorzystują organizmy żywe, a więc ssaki, rośliny wirusy. Nie musi to jednak być żyjący organizm. Sztuka bio artu zakłada, że musi on zaistnieć materialnie [2]. Termin bio art. Został stworzony w 1997 roku przez artystę Eduardo Kaca. Początkowo na potrzeby swojej pracy Time Capsule, której przedmiotem była cyfrowa pamięć człowieka powstała w wyniku wszczepienia mu mikroczipa [3]. Jest to dziedzina, która zdaniem niektórych wzbudza wiele kontrowersji i przekracza granice etyczne – wszak na liście zainteresowań artystów jest klonowanie, modyfikacja genów i ewolucja żywych organizmów. Nie ulega jednak wątpliwości fakt, że efekty pracy twórców bio artu intrygują i przyciągają zainteresowanie odbiorcy.  W Polsce bio art jest mało znany. Jedynym przedstawicielem tego nurtu jest Michał Brzeziński, który w swoim dorobku ma między innymi eksperymenty z roślinami. Wspomniany już wcześniej Eduardo Kac jest autorem wielu pomysłowych, ale i kontrowersyjnych prac. Za najpopularniejszą uznać można projekt GFP Bunny, który zakładał kreację fluorescencyjnego królika Alby. 

GFP Bunny Eduardo Kaca
Kac sprecyzował również termin bio art. Tworząc bardziej zaawansowany termin "sztuki transgenicznej", czyli takiej, która wykorzystuje inżynierię genetyczną w celu stworzenia unikalnych istot żywych, a takim miała być Alba [4].Warto także wspomnieć o pracy zatytułowanej The National History of Enigma, której celem było stworzenie nowej formy życia – Edunii, czyli krzyżówkę autora z kwiatem petunii. Gen pobrany od Eduardo Kaca został wszczepiony do komórek czerwonych żył widocznych na płatkach petunii. Efektem tego fascynującego eksperymentu było stworzenie rośliny, która kreowała żywy obraz krwi ludzkiej płynącej w jej małych żyłkach [5]. Wśród innych szokujących pomysłów wymienić można wszczepienie w przedramię implantu ucha. Tego zadania podjął się artysta o pseudonimie Stelarc. 

Implant ucha wszczepiony w przedramię Stelarca
Nie jest to jedyny eksperyment, w którym twórca wykorzystuje swoje ciało. W latach 90 XX wieku zrealizował on dwa projekty, Fractal Fresh i Ping Body. Obydwa dotyczyły możliwości wynikających z zespolenia organizmu Stelarca z interfejsem czyniącym z niego zaprogramowaną maszynę. W pierwszym z nich artysta wykonywał układ choreograficzny złożony z kroków kontrolowanych przez niego samego i kroków zaprojektowanych przez komputer. W Ping Body wskazówki dotyczące poruszania się przekazywał mu Internet [6].

Niewątpliwie bio art to przyciągający i intrygujący nurt, który można odebrać w sposób emocjonalny i poznawczy. Mimo, że budzi kontrowersje, należy pamiętać, że nauka, technika i sztuka to kategorie same w sobie neutralne. Ryzykowne może być natomiast to, jak wykorzysta je człowiek. 






[1]http://filolog.uni.lodz.pl/vhosts/media/images/teksty/Metadyskursy_w_sztuce_nowych_mediw.pdf
[2] http://www.doc.art.pl/pdf_archive/sid_vol_05_bakke.pdf
[3]http://bazhum.muzhp.pl/media/files/Folia_Philosophica/Folia_Philosophica-r2010-t28/Folia_Philosophica-r2010-t28-s13-37/Folia_Philosophica-r2010-t28-s13-37.pdf
[4]http://bazhum.muzhp.pl/media/files/Folia_Philosophica/Folia_Philosophica-r2010-t28/Folia_Philosophica-r2010-t28-s13-37/Folia_Philosophica-r2010-t28-s13-37.pdf
[5]]http://bazhum.muzhp.pl/media/files/Folia_Philosophica/Folia_Philosophica-r2010-t28/Folia_Philosophica-r2010-t28-s13-37/Folia_Philosophica-r2010-t28-s13-37.pdf
[6]http://ekrany.hekko24.pl/images/teksty/22/22_cykl1_pitrus.pdf

20.01.2018

Wirtualne, interaktywne muzea - artykuł popularnonaukowy

sobota, stycznia 20, 2018 Posted by Natalia 2 comments



W XXI wieku nie tylko technologia posuwa się naprzód. Z duchem czasu idą także muzea, które wykorzystują najnowsze zdobycze techniki do atrakcyjniejszego zaprezentowania swoich zbiorów. Coraz więcej obiektów na świecie decyduje się na wprowadzenie do swoich kompozycji intermedialnych, wirtualnych elementów w celu dotarcia do szerszej liczby osób zwiedzających. Dla dzisiejszego społeczeństwa konotacja tradycyjnego muzeum jest raczej negatywna. Osoby zainteresowane określoną dziedziną wolą zapoznać się z danym tematem w sposób im bliższy, czyli wirtualny. Dopiero później zwabione cennymi okazami, chcą zobaczyć wystawy w tradycyjnych muzeach. Z kolei osoby, które już zapoznały się z przedmiotami tradycyjnie, mogą wykorzystać muzeum wirtualne jako źródło wiedzy poszerzając informacje uzyskane podczas wizyty.
Sytuacja  współczesnego muzeum skomplikowała się w ostatnich kilkunastu latach na skutek technokulturowej rewolucji[1]. Nowe media wkraczają do każdej sfery życia, dlatego należało przepracować tradycyjny model funkcjonowania muzeów. Co ciekawe duża część pomysłów płynęła od samych artystów, którzy chcieli zbliżyć się do gustów odbiorców i tworzyć przy pomocy nowych mediów. Jednym z przykładów jest instalacja Jeffreya Shawa pod tytułem „The Virtual Museum”. Pozwalała ona na podróżowanie w wirtualnych salach z eksponatami. Miała być odzwierciedleniem przyszłości muzeów na całym świecie. Podejmowała ważny temat połączenia tradycji z nowoczesnością.



Przyrost zawartości internetowego magazynu muzeów postępuje w oszałamiającym tempie, co również ma swoje oddziaływanie na wirtualne muzea.[2] Uświadamia to chociażby zapoznanie się z działalnością rozwijaną na przestrzeni zaledwie kilku ostatnich lat, a dokładniej od roku 1997, przez międzynarodowe forum wymiany poglądów na temat kulturowego dziedzictwa w kontekście nowych praktyk informatycznych i technologicznych. Istnieje jednak różnica miedzy muzeum cyfrowym a wirtualnym. Istotą muzeum wirtualnego jest gromadzenie i udostępnianie informacji oraz dzieł za pośrednictwem sieci, podobnie jak tradycyjne muzeum, przedstawia swoje eksponaty zwiedzającym. Muzeum digitalne łączy cechy obu muzeów tworząc kombinację cyfrowych danych i fizycznej przestrzeni. Sztuka nowych mediów stała się niezwykle ważnym elementem globalnie pojętej kultury współczesnej. [3] Należy również pamiętać o świadomej i przemyślanej ochronie dzieł, które przez cyfryzację mogą stracić swoje znaczenie, albo być wykorzystane w nieodpowiedni sposób. „Wszystko co związane jest z  siecią wydarza się jakby ze zdwojoną prędkością. Sama sztuka sieci jest tego najlepszym dowodem. Pierwsze realizacje sieciowe, jak się powszechnie uznaje, pojawiają się w roku 1994, na przełomie roku  1995 i 1996 Vuk Cosic wprowadza (jak często się powtarza) termin net.art, który można potraktować jako nazwę wczesnej sztuki sieci, artystów takich jak Cosic właśnie, Antonio Muntadas, Alexei Shulgin, Natalie Bookchin, Heath Bunting, Olia Lialina, Jodi, etoy, by wymienić tylko kilku pionierów i „klasyków” zarazem”[4] Dopiero kiedy Tim Berners-Lee ze szwajcarskiego CERN-u (Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych z siedzibą w Genewie) opracował podstawy World Wide Web – historia internetu, a co za tym idzie ekspansja sztuki digitalnej, której jedną z podstawowych cech jest właśnie immaterialność (czyli odebranie materialnego waloru sztuce), mogła rozpocząć się na dobre.[5]
Wielu artystów zaczęło zauważać jak wielkie możliwości daje im digitalizacja. W zakresie praktyk muzealnych nowinki technologiczne „wchodziły w życie” dużo wolnej, głównie przez nieufność oficjalnych instytucji. Koncepcja „muzeów bez ścian” pozwoliła odkurzyć eksponaty, które już od dawna spoczywają prawie zapomniane w magazynach i przedstawić je światu mimo braku fizycznego miejsca w przestrzeni budynku. „Otwartość”, którą oferują muzea bez ścian wspierają ideę kolektywnej, zbiorowej inteligencji. W dzisiejszych czasach taka idea łączenia sztuki tradycyjnej z cyfrową zyskuje ogromne poparcie zwłaszcza wśród młodych ludzi, których technologia otacza na co dzień. „Muzea wirtualne powinny stać się swego rodzaju platformami wymiany myśli, obszarem stymulacji zarówno artystów, jak i aktywnych odbiorców uczestniczących w procesie tworzenia nowej rzeczywistości sztuki. Powinny one umożliwiać interaktywną współpracę angażującą nie tylko artystów, bowiem bez „współpracy” nie mogą powstawać „prace” (dzieła), nawet jeśli mają one charakter bytów wirtualnych. Nie chodzi przy tym o totalną krytykę tradycyjnie pojmowanego muzeum, które czasem wyraża się w postawie negującej sens ich fizycznego istnienia, bowiem coraz wyraźniejszy staje się taki oto problem: „Po co iść do muzeum, gdy możemy je sobie sprowadzić do domu?” Istnieje zatem, i nasila się, potrzeba ponownego zdefiniowania tego czym jest, i czym być powinno być muzeum w dobie sztuki cyfrowej.” [6]


Jednym z najciekawszych i najpopularniejszych muzeów, które łączą tradycyjne eksponaty muzealne z cyfrowymi i interaktywnymi elementami, jest Muzeum Powstania Warszawskiego. Placówka ta dokumentuje historię powstania warszawskiego. Prowadzi działalność naukowo-badawczą oraz edukacyjną poświęconą dziejom powstania, a także historii i działalności Polskiego Państwa Podziemnego. Ma stanowić hołd wobec tych, którzy walczyli i ginęli za wolną Polskę i jej stolicę, pokazując następnym pokoleniom Polaków sens tamtych wydarzeń. Ekspozycja przedstawia walkę i codzienność powstania na tle okupacji, poprzez ukazanie złożonej sytuacji międzynarodowej, aż po powojenny terror komunistyczny i losy powstańców w PRL. Muzeum wykorzystuje nowoczesne techniki audiowizualne. Są one bardzo przydatne w dotarciu do jednego z głównych jego adresatów, jakim jest młodzież, pozwalają także w sposób inspirujący opowiadać o historii i patriotyzmie[7]. Muzeum Powstania Warszawskiego jest miejscem pamięci, które uwzględnia los każdego uczestnika powstańczych zmagań. W okalającym budynek Muzeum Parku Wolności zasadniczym elementem jest 156-metrowy Mur Pamięci. Znajdą się na nim wyryte na rzędach szarych, granitowych płyt, nazwiska tysięcy powstańców, którzy polegli na walkach w sierpniu i wrześniu 1944.[8] Na powierzchni ponad 3000 metrów kwadratowych zostało pokazanych blisko 1000 eksponatów oraz 1500 fotografii i filmów. Sercem Muzeum jest stalowy Monument, przechodzący przez wszystkie kondygnacje budynku. Na jego ścianach wyryte jest kalendarium Powstania, a dobiegające z niego brzmienie bijącego serca symbolizuje życie Warszawy w 1944 roku. Szczególną atrakcję stanowi wieża muzealna, z której rozciąga się widok na Warszawę i Park Wolności z Murem Pamięci, na którym wyryto ponad 10 000 nazwisk poległych Powstańców. W centralnej części Muru zawieszony jest ważący 230 kg dzwon „Monter”, poświęcony gen. bryg. Antoniemu Chruścielowi. Jedną z niewątpliwych atrakcji Muzeum jest też replika samolotu bombowego Liberator B-24J. Od 1 sierpnia, w specjalnie przygotowanej sali kinowej zwiedzający Muzeum mogą oglądać trójwymiarowy film "Miasto ruin". To ponad pięć minut symulacji lotu „Liberatora” nad zniszczoną i wyludnioną Warszawą z 1945 roku. Obraz w sugestywny sposób oddaje grozę i skalę zniszczeń stolicy po II wojnie światowej. Muzeum ma charakter interaktywny i narracyjny: oddziałuje obrazem, światłem i dźwiękiem. Aranżacja wnętrza i wykorzystanie efektów multimedialnych mają przybliżyć powstańczą rzeczywistość. Wiele elementów ekspozycji ukazuje historię powstania poprzez pryzmat przeżyć i losów jego uczestników. Wytyczona trasa przedstawia chronologię wydarzeń i prowadzi przez poszczególne sale tematyczne. Zwiedzający poruszają się w scenerii sprzed ponad 60. lat, chodząc po granitowym bruku. Ekspozycja stała składa się z trzech głównych, powiązanych chronologicznie, części. Na parterze znalazła się wystawa poświęcona II wojnie światowej od września 1939 do zakończenia akcji „Burza”, ze szczególny uwzględnieniem sytuacji w Warszawie. [9] Na ekspozycji Muzeum Powstania Warszawskiego można znaleźć ponad 60 kartek z kalendarza opisujące dzień po dniu historię Powstania Warszawskiego. Kalendarium rozpoczyna się 27 lipca 1944, a kończy się 5 października 1944, w dniu wyjścia z Warszawy ostatnich pułków żołnierzy Armii Krajowej. To tylko jedna z form interaktywnego zwiedzania muzeum, pozwalająca na uzupełnienie wiedzy o dodatkowe elementy, które trzeba samodzielnie „zdobyć”. W muzeum można doświadczyć nie tylko wizualnych efektów zaprojektowanych z największą starannością, ale także audialnych. Głównym zadaniem powstałego w 2004 r. Archiwum jest utrwalenie relacji kilku tysięcy żołnierzy Armii Krajowej - uczestników powstania Warszawskiego, żyjących dzisiaj w Polsce i za granicą. Obecnie stanowią oni pokolenie osiemdziesięciolatków, jest to więc ostatnia chwila na utrwalenie ich wspomnień. Wolontariusze przeprowadzili wywiady z prawie wszystkimi żyjącymi uczestnikami Powstania Warszawskiego, które można wysłuchać w trakcie zwiedzania muzeum. Ankieta przygotowana przez zespół historyków i socjologów nie koncentruje się jedynie na powstaniu warszawskim. Informacje dotyczą życia powstańców przed wybuchem II wojny światowej, ich aktywności podczas okupacji niemieckiej i ich losów po wojnie. Zebrane materiały są pomocne zarówno dla historyków, jak i badaczy Polskiego Państwa Podziemnego, a także w programach edukacyjnych i w nauczaniu. Muzeum to jest wielokrotnie nagradzanym obiektem, które zachwyca pomysłowością połączenia tradycyjnego muzeum z digitalnymi elementami, doskonale wkomponowanymi w tkankę historyczną wystaw.



Pomimo tego, że działania mające na celu promowanie wirtualnych dodatków do tradycyjnej muzeologii są znane przez właścicieli i projektantów, dalej pozostają w mniejszości. Pomimo tak żywiołowego rozwoju zarówno sztuki nowych mediów, jak i refleksji nad nią, jeszcze do niedawna znalezienie w sieci muzeów dokumentujących najważniejsze dokonania z tego obszaru nie było wcale takie proste.[10] Z drugiej strony muzea z elementami nowomedialnymi mimo wielu trudności pojawiają się w różnych zakątkach Polski, choćby w postaci jednej wystawy, która może dodać zwiedzającemu dodatkowych bodźców w postaci dźwięku, filmu lub dotyku. Uważam, że wirtualne, interaktywne muzea będą powoli zastępować ich tradycyjne odpowiedniki, głównie z powodu zmiany poglądu społeczeństwa i ciągle rozrastającej się digitalizacji społeczeństwa.






[1] http://www.zawojski.com/2006/04/19/%E2%80%9Emuzea-bez-scian%E2%80%9D-w-dobie-rewolucji-cyfrowej/
[2] http://www.zawojski.com/2006/04/19/wirtualna-sztuka-wirtualne-muzea-%E2%80%93-realne-problemy/
[3] http://www.zawojski.com/2006/11/15/archiwizacja-prezentacja-i-dyseminacja-cybersztuki-w-sieci/
[4] http://www.zawojski.com/2006/11/15/archiwizacja-prezentacja-i-dyseminacja-cybersztuki-w-sieci/
[5] http://www.zawojski.com/2006/04/19/%E2%80%9Emuzea-bez-scian%E2%80%9D-w-dobie-rewolucji-cyfrowej/
[6] http://www.zawojski.com/2006/04/19/%E2%80%9Emuzea-bez-scian%E2%80%9D-w-dobie-rewolucji-cyfrowej/
[7] Jan Ołdakowski: Jedyne takie muzeum – Muzeum Powstania Warszawskiego [w:] 200 lat muzealnictwa warszawskiego. Dzieje i perspektywy. Warszawa: ARX REGIA. Ośrodek Wydawniczy Zamku Królewskiego w Warszawie, 2006,
[8] http://www.1944.pl
[9] Michał Krasuski: Warszawskie dziedzictwo postindustrialne. Warszawa: Fundacja Hereditas, 2011
[10] http://www.zawojski.com/2006/04/19/wirtualna-sztuka-wirtualne-muzea-%E2%80%93-realne-problemy/

06.01.2018

Śląski Festiwal Nauki 2017

sobota, stycznia 06, 2018 Posted by Natalia 1 comment


W 2017 roku w Katowicach odbyła się już druga edycja Śląskiego Festiwalu Nauki, czyli trzydniowej imprezy organizowanej przez śląskie uczelnie wyższe. Hasłem przewodnim całego przedsięwzięcia było przekonanie, głównie młodzieży, że nauka to również dobra zabawa. Główną lokacją było Międzynarodowe Centrum Kongresowe, które zostało podzielone na 6 obszarów, odpowiednio przypisanym obszarom nauki: humanistyczno-społeczne, przyrodnicze, ścisłe, techniczne, medyczne oraz artystyczne (sztuka). Przedstawiciele Uniwersytetu Śląskiego, Politechniki Śląskiej, Śląskiego Uniwersytetu Medycznego oraz Akademii Sztuk Pięknych w Katowicach na ponad 150 stanowiskach przedstawiali przygotowane przez siebie wystąpienia czy eksperymenty. Gościnnie można było również zobaczyć: Centrum Nauki Kopernik z Warszawy, Centrum Nauki EXPERYMENT z Gdyni oraz Centrum Nowoczesności Młyn Wiedzy z Torunia. 

Festiwal rozpoczął się na scenie Teatru Śląskiego, gdzie w pierwszej części zaprezentowały się młodzieżowe teatry naukowe. Druga część, "Myślenie na scenie", czyli debatę poświęconą oczywiście nauce i jej wpływowi na życie człowieka. W części trzeciej w spektaklu „Obertaniec-oberwaniec” zaprezentuje się publiczności Studencki Zespół Pieśni i Tańca „Katowice”. „Obertaniec-oberwaniec” to nowatorski projekt muzyczno-taneczny, w którym tradycyjny taniec ludowy zyskuje nowoczesną formę.

Jednak całą uwagę skupiły wydarzenia z Międzynarodowego Centrum Kongresowego. Kluczowe fragmenty wydarzenia przeplatane były z różnymi pozami, doświadczeniami, wystawami rozsianymi po całym budynku. Najciekawszą atrakcją wydawało się bicie rekordu Guinessa w grze na petafonie, czyli instrumencie wymyślonym przez studentów UŚ. Co ciekawe każdy mógł wziąć udział w tym wydarzeniu bez względu na zdolności muzyczne. Każdy z uczestników dostał specjalną butelkę, w którą uderzano pałeczką w rytm melodii z "Gwiezdnych Wojen". 

Drugą z kolei najchętniej odwiedzaną atrakcją był Przegląd Garażowych Wynalazków, odbywający się w strefie OFF Science, dedykowanej amatorom pracującym nad oryginalnymi i niezwykłymi pomysłami w przysłowiowym 'garażu', i tym którzy do tej pory nie mieli okazji pokazać swojego dzieła szerszej publiczności. Niektóre projekty szokowały swoją pomysłowością.

Zaskoczeniem dla mnie, a także nowością na festiwalu było pojawienie się esportu, co również przyciągnęło rzeszę fanów i cieszyło się dużą popularnością. Główną atrakcją był znany (wśród młodzieży) youtuber Rojo, który wystąpił wraz z drużyną CS:GO.

1 grudnia był dniem przeznaczonym raczej dla dzieci, gdzie dzieci mogły odbyć na przykład niezwykłą podróż na Biegun Północny, zobaczyć ciekawe właściwości „suchego” lodu, mroźne chmury, lewitujące bańki i pianowy lodowiec, a także wziąć udział w pokazie sztuki walki judo i lekcji tańca, podczas gdy dorośli mogli wziąć udział w ciekawych wykładach prowadzonych w salach konferencyjnych.

Śląski Festiwal Nauki to z pewnością jedno z najciekawszych wydarzeń odbywających się na śląsku. Cieszę się, że tak wiele osób wzięło w nim udział, nie wątpię, że główne przesłanie Festiwalu zostało spełnione i młodzi ludzie uwierzą, że nauka nie jest nudna. 


27.12.2017

Krótki felieton o pośmiertnej sławie.

środa, grudnia 27, 2017 Posted by Agata Klimek No comments
Lil Peep 
W połowie listopada światem wstrząsnęła wiadomość o śmierci 21 letniego wschodzącego rapera  Lil Peepa. Nie jestem fanem tego typu muzyki, lecz kiedy napotkałam setną informację na temat jego tragicznej śmierci, musiałam sprawdzić, co takiego stworzył skoro wzbudziło to tak wielki szok, nie tylko w świecie muzyki. Byłam przekonana, że zmarły Gustav Ähr, bo tak brzmi prawdziwe imię i nazwisko muzyka, stanie się kolejnym niedocenionym za życia twórcą, a jego odejście przyciągnie tysiące „oddanych fanów” piszących płaczliwe komentarze dotyczące kolejnego, zmarnowanego talentu. Nie myliłam się. To kolejny smutny przypadek, kiedy artysta staje się bardziej sławny po śmierci niż za życia. I nie twierdzę, że wcześniej Lil Peep był nikomu nie znanym raperem. We wrześniu dał koncert w naszej stolicy. Ze względu na ogromne zainteresowanie imprezę  przeniesiono z klubu  Hydrozagadka  do większej Proximy.

Oczywiście nie twierdzę, że odkrywanie twórczości artysty po jego śmierci to coś złego. To w końcu jedna z niewielu rzeczy, jaka po nim zostanie  i do której można wrócić w każdej chwili. Bardziej chodzi mi o tę całą otoczkę. To znaczy namnożenie się miłośników jego muzyki w postaci komentatorów i subskrybentów jego kont  w serwisach społecznościowych oraz liczne, spływające z każdego zakątka  świata komentarze wyrażające żal po Lil Peepie. Do tego dochodzi prowadzenie jego kont przez management i obietnice wydania pośmiertnego albumu z nieopublikowanymi do tej pory utworami. Przesada? Myślę, że trochę tak. Osobiście uważam, że wraz ze śmiercią artysty nastąpić powinien koniec jego kariery. Nie może być tak, że ktoś inny zarabia pieniądze ze sprzedaży płyt i wyświetleń na You Tubie. A przecież wartość zmarłego Gustava przebija jego wcześniejszą wartość i to kilkukrotnie. Dobrym przykładem może być zespół Linkin Park, którego wokalista kilka miesięcy temu odebrał sobie życie. Po jego śmierci sprzedaż płyt, plików cyfrowych i streamingu wzrosła o 5000 %.

A fani? Pomijając  tych szczerych i prawdziwie oddanych, zawsze znajdą się tacy, którzy w emocjonalny sposób dadzą upust swoim emocjom. I choć nigdy wcześniej nie znali słyszeli o Peepie ani słowa, będą teraz nazywać się tymi jedynymi, tęskniącymi i cierpiącymi po swoim idolu.
Mamy także przypadki, kiedy to Internauci publikują chamskie wręcz komentarze pod adresem zmarłego artysty. Niewątpliwie, Gustav wzbudzał kontrowersje swoim wizerunkiem i tematyką swoich utworów. Wytatuowany 21 – latek często śpiewał o odrzuconej miłości, samotności i akceptacji społecznej. Czy jest sens nakręcać całą tę spiralę kreowania komuś pośmiertnej sławy? Przecież takie wypowiedzi się do tego przyczyniają. O zmarłym mówimy albo dobrze albo wcale – bez względu na wygląd czy styl życia, bo Peep miał umrzeć w wyniku przypadkowego przedawkowania narkotyków.

Przyglądam się temu wszystkiemu i staram się być  na bieżąco z informacjami dotyczącymi jego śmierci. Nie czuję się fanem, nie jestem nim. Ciężko mi jednak przymknąć oko na to wszystko, gdy wiem, że zmarły był moim rówieśnikiem i robił to, co kochał. Ze swojej strony mogę zaapelować o większy dystans do całej tej historii i mniej nienawiści w obliczu tragedii, jaka spotkała rodzinę Gustava. Niedługo miną dwa miesiące od jego tragicznej śmierci. Ilość odsłon i komentarzy w mediach społecznosciowych nadal rośnie.  Mam nadzieję, że po czasie przyjdzie spokój, jaki należy się zmarłemu. 

23.11.2017

W mrocznych zaułkach Barcelony (recenzja)

czwartek, listopada 23, 2017 Posted by Klaudia 1 comment
Kolejny majstersztyk spod pióra Carlosa Ruiza Zafóna - "Labirynt duchów"

Po raz czwarty, a za razem ostatni, autor zabiera nas w podróż do dwudziestowiecznej Barcelony, znów możemy zatopić się w jej uliczki i tajemnice, jakie przed nami skrywa.

Zafón i tym razem nie zawiódł swoich wiernych czytelników, w niezwykły i oryginalny sposób powraca na Cmentarz Zapomnianych Książek. Pomimo prawie dziewieciuset stron powieść nie ciągnie się. Autor tak zgrabnie łączy wątki poprzednich części cyklu z właściwą akcją"Labiryntu duchów", że nie sposób się nudzić, nie można oderwać się od opowieści aż do samego końca.

Wraz z ostatnią powieścią z cyklu "Cmentarz zapomnianych książek" wędrujemy nie tylko po uliczkach Barcelony, ale znajdziemy się także w Madrycie, gdzie rozpoczyna się śledztwo dotyczące tajemniczego zniknięcia ministra kultury Mauricia Vallsa. Sprawą tą zajmują się agentka Alicja Gris oraz były policjant kapitan Vargas. Poszukiwania doprowadzą ich do dobrze znanej czytelnikom z wcześniejszych części, księgarni Sempere i Synowie.

Wielość wątków sprawia, że nie jest to lektura dla osób chcących przeczytać coś lekkiego i niewymagającego. Wątki, które autor poruszał w poprzednich częściach powracają w "Labiryncie duchów", zmusza to do wysiłku, do znalezienia konkretnych fragmentów ten nietuzinkowej historii we własnej pamięci.

Powieść łączy ze sobą elementy ciężkiego kryminału z klimatem momentami przypominającym noir oraz opowieść obyczajową, która przybliża czytelnikowi trudne losy rodziny Sempere.

Zafón poprzez Cmentarz Zapomnianych Książek pokazuje, że książki to coś więcej niż oprawiony papier, one kryją w sobie magię, są przejściem do innego świata. Powieść ta jest także o książka, o tym jakie są cenne i jak bardzo mogą odmienić nasze życie.

Zachęcam do podróżny do tych dwóch hiszpańskich miast i wraz z bohaterami powieści rozwiązać tajemnice tam skrywane.



22.11.2017

Co za dużo, to niezdrowo... ("Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz" - recenzja)

środa, listopada 22, 2017 Posted by Agata Klimek No comments
Gdyby 20 lat temu ktoś powiedział, że ówcześni mafiosi staną się wziętymi pisarzami, cały świat literacki popukałby się w czoło. Sami zainteresowani z resztą też. 

Dokładnie miesiąc temu swoją premierę miała książka Artura Górskiego "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz". Wydawnictwo napisane zostało z pomocą najpopularniejszego świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego pseudonim Masa oraz Słowikowej, czyli Moniki Banasiak. Najsłynniejszy gangster ma już w swoim dorobku siedem książek napisanych wspólnie z Arturem Górskim. Z kolei Słowikowa wydała w zeszłym roku swoją debiutancką książkę "Królowa mafii". 
I co? I nic. 
W rozmowie z Górskim oboje nie powiedzieli niczego, co wstrząsnęłoby czytelnikiem. Choć może lepiej zabrzmiałoby stwierdzenie, że nie powiedzieli niczego, co zaskoczyłoby odbiorcę lubującego się w tematyce kryminalnej. Nic w tym dziwnego biorąc pod uwagę fakt, że Jarosław Sokołowski wypowiadał się już na temat kobiet, porachunków, kilerów i bossów polskiej mafii.

Co więcej, w tej publikacji gangster sam odsyła nas do jednej ze swoich książek "Masa o pieniądzach w polskiej mafii". Tam mamy odnaleźć odpowiedź na pytanie Górskiego o pieniądzach - a jakże - polskiej mafii. Nie ulega wątpliwości, że był to celowy zabieg reklamowy. I nie ważne, że mówimy tu o nabijaniu kabzy bandycie, który całą swoją "karierę" oparł na kradzieżach i zastraszaniu niewinnych ludzi. 
Monika Banasiak nazwana przez Piotra Pytlakowskiego królową mafii kreuje się bardziej na królową życia. Jej ulubionym tematem wciąż pozostaje luksusowe życie u boku gangstera Słowika, zakończone małżeństwo oraz traumatyczny pobyt w areszcie. Jeśli ktoś czytał ostatnią książkę Słowikowej, z pewnością sam dostrzeże w jej opowieściach swoistego rodzaju monotematyczność.  

Książka reklamowana jest jako rozmowa "dwóch nieprzejednanych wrogów, którzy nigdy nie podadzą sobie ręki". I owszem Masa i Banasiak spotykają się, aby wyjaśnić sobie nieporozumienia i niesnaski, lecz ta konfrontacja zajmuje około 10-15 % całej książki. Reszta to spotkania Artura Górskiego na osobności z bohaterami publikacji. Być może z tego powodu książka momentami nuży. Brakuje w niej fajerwerków. A tych niewątpliwie dostarczyliby Masa oraz Słowikowa, gdyby tylko spotkali się na dłużej i omówili razem kwestie zawarte w książce. 

Plusem tej publikacji jest oczywiście grupa docelowa. Przeczytać ją może każdy bez względu na wiek czy wykształcenie. Nie jest to lektura wymagająca wysiłku umysłowego. Dobrze byłoby choć trochę orientować się w strukturach polskiej mafii i znać pseudonimy polskich gangsterów. To na pewno ułatwi orientację w niektórych wypowiedziach Moniki i Masy. 

Ostatnimi czasy polska literatura stała się bogatsza o książki nawiązujące do polskiej mafii. Jest to oczywiście temat głęboki bo zapewne każdy gangster mógłby podzielić się z czytelnikiem czymś szokującym. Wiedząc jednak, że to Masa wiedzie prym w opowiadaniu o mechanizmach funkcjonujących w pruszkowskiej mafii, każda kolejna publikacja z jego udziałem będzie wzbudzać coraz mniejsze zainteresowanie i rozczarowanie. "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz" bez wątpienia znajduje się na granicy znużenia oraz rozczarowania.Co za tym idzie, panu Sokołowskiemu chyba  już podziękujemy.  


21.11.2017

Pamiętaj mnie... ("Coco" - recenzja)

wtorek, listopada 21, 2017 Posted by Natalia No comments

Pamiętaj mnie...

"Kiedy człowiek przestaje być dzieckiem? Czy można z całą pewnością stwierdzić, że z dorosłego całkiem wygnano już dziecko? Wierzę, że dobra rozrywka trafia do wszystkich, do młodych i do starych." Mimo, że te słowa Walta Disneya odnosiły się stricte do budowy Disneylandu, myślę, że miały też swoje odzwierciedlenie w całej twórczości wizjonera i stały się mottem późniejszej działalności Disney Entertainment. Jako "dorosła" już fanka disneyowskich animacji wybrałam się do kina na najnowszą produkcję Pixara pod tytułem "Coco". Czy było warto? ¡Sí!

Miguel to zwyczajny chłopiec, który wraz z liczną rodziną mieszka w małym meksykańskim miasteczku, gdzie, tak jak inni krewni, trudni się w przemyśle obuwniczym. Młodzieniec ten jednak nie chce wiązać swoje przyszłości z tym zawodem, marzy bowiem o byciu muzykiem, ponieważ  to gra na gitarze i śpiew przynoszą mu najwięcej radości w życiu. Niestety przeciwna jest temu rodzina mająca wpojoną nienawiść do muzyki przez bardzo bolesne wydarzenie z przeszłości. Na przekór wszystkiemu Miguel postanawia ukraść gitarę z grobowca sławnego muzyka Ernesto de la Cruza, aby wystąpić w pokazie talentów podczas dorocznych obchodów Día de los Muertos, czyli meksykańskiego Święta Zmarłych. Przez dziwny zbieg okoliczności Miguel trafia do krainy zmarłych, gdzie, wraz ze swoim wiernym psem Dante, przeżywa niesamowite przygody. Na drodze spotyka wiele ciekawych postaci, w tym własnych przodków.

W filmie "Coco" na warsztat wzięto święto Día de los Muertos. Twórcy w doskonały sposób wprowadzili meksykański folklor w fabułę filmu i wykorzystali wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy nadając opowieści odpowiedni klimat. Walory kulturowe Meksyku są tu podstawą historii i tworzą podwaliny dla narracji. Absolutnie każdy element został tutaj precyzyjnie umieszczony, od  ołtarzyków ze zdjęciami zmarłych i darami, przez drogę utworzoną z płatków kwiatów, po całościowy wydźwięk Święta Zmarłych, nie wspominając już o motywie meksykańskich czaszek przewijający się przez cały film. Oczywiście o samej animacji Pixara można by się rozpisywać godzinami. Wytwórnia zdążyła już  przyzwyczaić nas do wysokiego poziomu, jaki reprezentuje. Największą zaletą obrazu w tym filmie są kolory. Niezwykle żywe i perfekcyjnie dopasowane nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. Już na samym plakacie widać jak fioletowy i pomarańczowy odcień łączą się w przepiękną kompozycję, która również ma swoje symboliczne znacznie dla fabuły. 

Dla Día de los Muertos, a co za tym idzie dla "Coco" bardzo ważna jest oczywiście muzyka. Tradycyjne latynoamerykańskie brzmienia wplecione są w fabułę z wielką gracją, więc nawet jeśli ktoś nie jest wielkim fanem takich rytmów, nie odczuje dyskomfortu podczas seansu. Można powiedzieć, że główny bohater żyje dzięki muzyce, nic dziwnego więc, że towarzyszy mu podczas całej animacji.
Polski dubbing od lat stoi na piedestale i z każdą kolejną animacją potwierdza, że jesteśmy w tym naprawdę świetni. Maciej Sztur, Bartosz Opania czy Agata Kulesza to tylko przykłady osób, które doskonale wcielają się w animowane postaci. W angielskiej wersji językowej oglądałam jedynie trailery, lecz zauważyłam, że w głosach bohaterów było można usłyszeć wyraźny latynoski akcent i wtrącane z dość dużą częstotliwością hiszpańskie słówka. Niestety w polskiej wersji trudno byłoby uzyskać taki sam efekt, jednak autorzy dialogów postarali się, aby ten meksykański aspekt zachować. 

Pod przepiękną szatą graficzną kryje się to, co w "Coco" najważniejsze, czyli przesłanie, jakie niesie. Animacja porusza kilka bardzo ważnych kwestii. Po pierwsze, to, o czym mówi każdy film Disneya, czyli, że należy podążać za marzeniami, jednak warto także wziąć pod uwagę rady innych, a nie ślepo brnąć na przekór wszystkim. Po drugie pokazuje świat zmarłych w bardzo pozytywny i zupełnie odmienny sposób postrzegania ich święta, które oczywiście jest pełne zadumy, ale także pozwala cieszyć się z duchowej obecności członków rodziny w ten szczególny dzień. 
Kwintesencją przekazu za to zdaje się być to, że nie ważne są sukcesy życiowe ani wielka sława, ważne, aby żyć tak, aby pozostał ktoś, kto będzie o nas pamiętał.

"Coco" to niezwykle ciepła i wzruszająca opowieść, na którą na pewno warto zabrać garść chusteczek. Przepięknie zrealizowana, idealnie zbilansowana dawka płaczu i śmiechu. Byłam tak zafascynowana, że nie zauważyłam żadnych wad tej opowieści, o ile w ogóle jakieś były. Prawdziwie magiczny sens.

Ocena: 10/10 




P.S.
Dodatkowo przed seansem można zobaczyć krótkometrażowy filmik nawiązujący do "Krainy lodu": "Przygoda Olafa", który idealnie nastraja na okres świąteczny, jednak trochę nie pasuje do klimatu "Coco". Na seansie dzieciaki napatrzyły się już na Olafa (21 minut!), dlatego później nie potrafiły już usiedzieć na miejscu. Ale to już historia do opowiedzenia na inny raz.

15.11.2017

Netflix and chill ~ felieton

środa, listopada 15, 2017 Posted by Natalia 2 comments
Netflix, Netflix, Netflix. Wszędzie tylko ten Netflix. Jaki jest fenomen tego portalu? Dlaczego aż tak wiele osób na całym świecie korzysta z jego usług? Odpowiedź na te pytania jest banalnie prosta. 
Netflix to nowa telewizja. Nie jesteśmy już uzależnieni od jednego odbiornika, ani już tym bardziej od godziny emisji. Nie musimy czekać ze zniecierpliwieniem na kolejny odcinek ulubionego serialu. Wszystko podane jest nam na tacy. At your service, sir. Z roku na rok, ba, z miesiąca na miesiąc liczba subskrybentów Netflixa rośnie, a ciągle poszerzająca się liczba kultowych, ciekawych, przyciągających filmów i seriali na tej platformie tylko woła "zobacz mnie". I jak tu nie dać się  skusić tajemniczemu urokowi Franka Underwooda (House of Cards) czy zgranej ekipie dzieciaków ze Stranger Things? Netflix to prawdziwa kopalnia wciągających produkcji.