23.11.2017

W mrocznych zaułkach Barcelony (recenzja)

czwartek, listopada 23, 2017 Posted by Klaudia 1 comment
Kolejny majstersztyk spod pióra Carlosa Ruiza Zafóna - "Labirynt duchów"

Po raz czwarty, a za razem ostatni, autor zabiera nas w podróż do dwudziestowiecznej Barcelony, znów możemy zatopić się w jej uliczki i tajemnice, jakie przed nami skrywa.

Zafón i tym razem nie zawiódł swoich wiernych czytelników, w niezwykły i oryginalny sposób powraca na Cmentarz Zapomnianych Książek. Pomimo prawie dziewieciuset stron powieść nie ciągnie się. Autor tak zgrabnie łączy wątki poprzednich części cyklu z właściwą akcją"Labiryntu duchów", że nie sposób się nudzić, nie można oderwać się od opowieści aż do samego końca.

Wraz z ostatnią powieścią z cyklu "Cmentarz zapomnianych książek" wędrujemy nie tylko po uliczkach Barcelony, ale znajdziemy się także w Madrycie, gdzie rozpoczyna się śledztwo dotyczące tajemniczego zniknięcia ministra kultury Mauricia Vallsa. Sprawą tą zajmują się agentka Alicja Gris oraz były policjant kapitan Vargas. Poszukiwania doprowadzą ich do dobrze znanej czytelnikom z wcześniejszych części, księgarni Sempere i Synowie.

Wielość wątków sprawia, że nie jest to lektura dla osób chcących przeczytać coś lekkiego i niewymagającego. Wątki, które autor poruszał w poprzednich częściach powracają w "Labiryncie duchów", zmusza to do wysiłku, do znalezienia konkretnych fragmentów ten nietuzinkowej historii we własnej pamięci.

Powieść łączy ze sobą elementy ciężkiego kryminału z klimatem momentami przypominającym noir oraz opowieść obyczajową, która przybliża czytelnikowi trudne losy rodziny Sempere.

Zafón poprzez Cmentarz Zapomnianych Książek pokazuje, że książki to coś więcej niż oprawiony papier, one kryją w sobie magię, są przejściem do innego świata. Powieść ta jest także o książka, o tym jakie są cenne i jak bardzo mogą odmienić nasze życie.

Zachęcam do podróżny do tych dwóch hiszpańskich miast i wraz z bohaterami powieści rozwiązać tajemnice tam skrywane.



22.11.2017

Co za dużo, to niezdrowo... ("Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz" - recenzja)

środa, listopada 22, 2017 Posted by Agata No comments
Gdyby 20 lat temu ktoś powiedział, że ówcześni mafiosi staną się wziętymi pisarzami, cały świat literacki popukałby się w czoło. Sami zainteresowani z resztą też. 

Dokładnie miesiąc temu swoją premierę miała książka Artura Górskiego "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz". Wydawnictwo napisane zostało z pomocą najpopularniejszego świadka koronnego Jarosława Sokołowskiego pseudonim Masa oraz Słowikowej, czyli Moniki Banasiak. Najsłynniejszy gangster ma już w swoim dorobku siedem książek napisanych wspólnie z Arturem Górskim. Z kolei Słowikowa wydała w zeszłym roku swoją debiutancką książkę "Królowa mafii". 
I co? I nic. 
W rozmowie z Górskim oboje nie powiedzieli niczego, co wstrząsnęłoby czytelnikiem. Choć może lepiej zabrzmiałoby stwierdzenie, że nie powiedzieli niczego, co zaskoczyłoby odbiorcę lubującego się w tematyce kryminalnej. Nic w tym dziwnego biorąc pod uwagę fakt, że Jarosław Sokołowski wypowiadał się już na temat kobiet, porachunków, kilerów i bossów polskiej mafii.

Co więcej, w tej publikacji gangster sam odsyła nas do jednej ze swoich książek "Masa o pieniądzach w polskiej mafii". Tam mamy odnaleźć odpowiedź na pytanie Górskiego o pieniądzach - a jakże - polskiej mafii. Nie ulega wątpliwości, że był to celowy zabieg reklamowy. I nie ważne, że mówimy tu o nabijaniu kabzy bandycie, który całą swoją "karierę" oparł na kradzieżach i zastraszaniu niewinnych ludzi. 
Monika Banasiak nazwana przez Piotra Pytlakowskiego królową mafii kreuje się bardziej na królową życia. Jej ulubionym tematem wciąż pozostaje luksusowe życie u boku gangstera Słowika, zakończone małżeństwo oraz traumatyczny pobyt w areszcie. Jeśli ktoś czytał ostatnią książkę Słowikowej, z pewnością sam dostrzeże w jej opowieściach swoistego rodzaju monotematyczność.  

Książka reklamowana jest jako rozmowa "dwóch nieprzejednanych wrogów, którzy nigdy nie podadzą sobie ręki". I owszem Masa i Banasiak spotykają się, aby wyjaśnić sobie nieporozumienia i niesnaski, lecz ta konfrontacja zajmuje około 10-15 % całej książki. Reszta to spotkania Artura Górskiego na osobności z bohaterami publikacji. Być może z tego powodu książka momentami nuży. Brakuje w niej fajerwerków. A tych niewątpliwie dostarczyliby Masa oraz Słowikowa, gdyby tylko spotkali się na dłużej i omówili razem kwestie zawarte w książce. 

Plusem tej publikacji jest oczywiście grupa docelowa. Przeczytać ją może każdy bez względu na wiek czy wykształcenie. Nie jest to lektura wymagająca wysiłku umysłowego. Dobrze byłoby choć trochę orientować się w strukturach polskiej mafii i znać pseudonimy polskich gangsterów. To na pewno ułatwi orientację w niektórych wypowiedziach Moniki i Masy. 

Ostatnimi czasy polska literatura stała się bogatsza o książki nawiązujące do polskiej mafii. Jest to oczywiście temat głęboki bo zapewne każdy gangster mógłby podzielić się z czytelnikiem czymś szokującym. Wiedząc jednak, że to Masa wiedzie prym w opowiadaniu o mechanizmach funkcjonujących w pruszkowskiej mafii, każda kolejna publikacja z jego udziałem będzie wzbudzać coraz mniejsze zainteresowanie i rozczarowanie. "Słowikowa i Masa. Twarzą w twarz" bez wątpienia znajduje się na granicy znużenia oraz rozczarowania.Co za tym idzie, panu Sokołowskiemu chyba  już podziękujemy.  


21.11.2017

Pamiętaj mnie... ("Coco" - recenzja)

wtorek, listopada 21, 2017 Posted by Natalia No comments

Pamiętaj mnie...

"Kiedy człowiek przestaje być dzieckiem? Czy można z całą pewnością stwierdzić, że z dorosłego całkiem wygnano już dziecko? Wierzę, że dobra rozrywka trafia do wszystkich, do młodych i do starych." Mimo, że te słowa Walta Disneya odnosiły się stricte do budowy Disneylandu, myślę, że miały też swoje odzwierciedlenie w całej twórczości wizjonera i stały się mottem późniejszej działalności Disney Entertainment. Jako "dorosła" już fanka disneyowskich animacji wybrałam się do kina na najnowszą produkcję Pixara pod tytułem "Coco". Czy było warto? ¡Sí!

Miguel to zwyczajny chłopiec, który wraz z liczną rodziną mieszka w małym meksykańskim miasteczku, gdzie, tak jak inni krewni, trudni się w przemyśle obuwniczym. Młodzieniec ten jednak nie chce wiązać swoje przyszłości z tym zawodem, marzy bowiem o byciu muzykiem, ponieważ  to gra na gitarze i śpiew przynoszą mu najwięcej radości w życiu. Niestety przeciwna jest temu rodzina mająca wpojoną nienawiść do muzyki przez bardzo bolesne wydarzenie z przeszłości. Na przekór wszystkiemu Miguel postanawia ukraść gitarę z grobowca sławnego muzyka Ernesto de la Cruza, aby wystąpić w pokazie talentów podczas dorocznych obchodów Día de los Muertos, czyli meksykańskiego Święta Zmarłych. Przez dziwny zbieg okoliczności Miguel trafia do krainy zmarłych, gdzie, wraz ze swoim wiernym psem Dante, przeżywa niesamowite przygody. Na drodze spotyka wiele ciekawych postaci, w tym własnych przodków.

W filmie "Coco" na warsztat wzięto święto Día de los Muertos. Twórcy w doskonały sposób wprowadzili meksykański folklor w fabułę filmu i wykorzystali wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy nadając opowieści odpowiedni klimat. Walory kulturowe Meksyku są tu podstawą historii i tworzą podwaliny dla narracji. Absolutnie każdy element został tutaj precyzyjnie umieszczony, od  ołtarzyków ze zdjęciami zmarłych i darami, przez drogę utworzoną z płatków kwiatów, po całościowy wydźwięk Święta Zmarłych, nie wspominając już o motywie meksykańskich czaszek przewijający się przez cały film. Oczywiście o samej animacji Pixara można by się rozpisywać godzinami. Wytwórnia zdążyła już  przyzwyczaić nas do wysokiego poziomu, jaki reprezentuje. Największą zaletą obrazu w tym filmie są kolory. Niezwykle żywe i perfekcyjnie dopasowane nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. Już na samym plakacie widać jak fioletowy i pomarańczowy odcień łączą się w przepiękną kompozycję, która również ma swoje symboliczne znacznie dla fabuły. 

Dla Día de los Muertos, a co za tym idzie dla "Coco" bardzo ważna jest oczywiście muzyka. Tradycyjne latynoamerykańskie brzmienia wplecione są w fabułę z wielką gracją, więc nawet jeśli ktoś nie jest wielkim fanem takich rytmów, nie odczuje dyskomfortu podczas seansu. Można powiedzieć, że główny bohater żyje dzięki muzyce, nic dziwnego więc, że towarzyszy mu podczas całej animacji.
Polski dubbing od lat stoi na piedestale i z każdą kolejną animacją potwierdza, że jesteśmy w tym naprawdę świetni. Maciej Sztur, Bartosz Opania czy Agata Kulesza to tylko przykłady osób, które doskonale wcielają się w animowane postaci. W angielskiej wersji językowej oglądałam jedynie trailery, lecz zauważyłam, że w głosach bohaterów było można usłyszeć wyraźny latynoski akcent i wtrącane z dość dużą częstotliwością hiszpańskie słówka. Niestety w polskiej wersji trudno byłoby uzyskać taki sam efekt, jednak autorzy dialogów postarali się, aby ten meksykański aspekt zachować. 

Pod przepiękną szatą graficzną kryje się to, co w "Coco" najważniejsze, czyli przesłanie, jakie niesie. Animacja porusza kilka bardzo ważnych kwestii. Po pierwsze, to, o czym mówi każdy film Disneya, czyli, że należy podążać za marzeniami, jednak warto także wziąć pod uwagę rady innych, a nie ślepo brnąć na przekór wszystkim. Po drugie pokazuje świat zmarłych w bardzo pozytywny i zupełnie odmienny sposób postrzegania ich święta, które oczywiście jest pełne zadumy, ale także pozwala cieszyć się z duchowej obecności członków rodziny w ten szczególny dzień. 
Kwintesencją przekazu za to zdaje się być to, że nie ważne są sukcesy życiowe ani wielka sława, ważne, aby żyć tak, aby pozostał ktoś, kto będzie o nas pamiętał.

"Coco" to niezwykle ciepła i wzruszająca opowieść, na którą na pewno warto zabrać garść chusteczek. Przepięknie zrealizowana, idealnie zbilansowana dawka płaczu i śmiechu. Byłam tak zafascynowana, że nie zauważyłam żadnych wad tej opowieści, o ile w ogóle jakieś były. Prawdziwie magiczny sens.

Ocena: 10/10 




P.S.
Dodatkowo przed seansem można zobaczyć krótkometrażowy filmik nawiązujący do "Krainy lodu": "Przygoda Olafa", który idealnie nastraja na okres świąteczny, jednak trochę nie pasuje do klimatu "Coco". Na seansie dzieciaki napatrzyły się już na Olafa (21 minut!), dlatego później nie potrafiły już usiedzieć na miejscu. Ale to już historia do opowiedzenia na inny raz.

15.11.2017

Netflix and chill ~ felieton

środa, listopada 15, 2017 Posted by Natalia 2 comments
Netflix, Netflix, Netflix. Wszędzie tylko ten Netflix. Jaki jest fenomen tego portalu? Dlaczego aż tak wiele osób na całym świecie korzysta z jego usług? Odpowiedź na te pytania jest banalnie prosta. 
Netflix to nowa telewizja. Nie jesteśmy już uzależnieni od jednego odbiornika, ani już tym bardziej od godziny emisji. Nie musimy czekać ze zniecierpliwieniem na kolejny odcinek ulubionego serialu. Wszystko podane jest nam na tacy. At your service, sir. Z roku na rok, ba, z miesiąca na miesiąc liczba subskrybentów Netflixa rośnie, a ciągle poszerzająca się liczba kultowych, ciekawych, przyciągających filmów i seriali na tej platformie tylko woła "zobacz mnie". I jak tu nie dać się  skusić tajemniczemu urokowi Franka Underwooda (House of Cards) czy zgranej ekipie dzieciaków ze Stranger Things? Netflix to prawdziwa kopalnia wciągających produkcji.