21.11.2017

Pamiętaj mnie... ("Coco" - recenzja)

wtorek, listopada 21, 2017 Posted by Mz. Hyde No comments

Pamiętaj mnie...

"Kiedy człowiek przestaje być dzieckiem? Czy można z całą pewnością stwierdzić, że z dorosłego całkiem wygnano już dziecko? Wierzę, że dobra rozrywka trafia do wszystkich, do młodych i do starych." Mimo, że te słowa Walta Disneya odnosiły się stricte do budowy Disneylandu, myślę, że miały też swoje odzwierciedlenie w całej twórczości wizjonera i stały się mottem późniejszej działalności Disney Entertainment. Jako "dorosła" już fanka disneyowskich animacji wybrałam się do kina na najnowszą produkcję Pixara pod tytułem "Coco". Czy było warto? ¡Sí!

Miguel to zwyczajny chłopiec, który wraz z liczną rodziną mieszka w małym meksykańskim miasteczku, gdzie, tak jak inni krewni, trudni się w przemyśle obuwniczym. Młodzieniec ten jednak nie chce wiązać swoje przyszłości z tym zawodem, marzy bowiem o byciu muzykiem, ponieważ  to gra na gitarze i śpiew przynoszą mu najwięcej radości w życiu. Niestety przeciwna jest temu rodzina mająca wpojoną nienawiść do muzyki przez bardzo bolesne wydarzenie z przeszłości. Na przekór wszystkiemu Miguel postanawia ukraść gitarę z grobowca sławnego muzyka Ernesto de la Cruza, aby wystąpić w pokazie talentów podczas dorocznych obchodów Día de los Muertos, czyli meksykańskiego Święta Zmarłych. Przez dziwny zbieg okoliczności Miguel trafia do krainy zmarłych, gdzie, wraz ze swoim wiernym psem Dante, przeżywa niesamowite przygody. Na drodze spotyka wiele ciekawych postaci, w tym własnych przodków.

W filmie "Coco" na warsztat wzięto święto Día de los Muertos. Twórcy w doskonały sposób wprowadzili meksykański folklor w fabułę filmu i wykorzystali wszystkie najbardziej charakterystyczne elementy nadając opowieści odpowiedni klimat. Walory kulturowe Meksyku są tu podstawą historii i tworzą podwaliny dla narracji. Absolutnie każdy element został tutaj precyzyjnie umieszczony, od  ołtarzyków ze zdjęciami zmarłych i darami, przez drogę utworzoną z płatków kwiatów, po całościowy wydźwięk Święta Zmarłych, nie wspominając już o motywie meksykańskich czaszek przewijający się przez cały film. Oczywiście o samej animacji Pixara można by się rozpisywać godzinami. Wytwórnia zdążyła już  przyzwyczaić nas do wysokiego poziomu, jaki reprezentuje. Największą zaletą obrazu w tym filmie są kolory. Niezwykle żywe i perfekcyjnie dopasowane nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. Już na samym plakacie widać jak fioletowy i pomarańczowy odcień łączą się w przepiękną kompozycję, która również ma swoje symboliczne znacznie dla fabuły. 

Dla Día de los Muertos, a co za tym idzie dla "Coco" bardzo ważna jest oczywiście muzyka. Tradycyjne latynoamerykańskie brzmienia wplecione są w fabułę z wielką gracją, więc nawet jeśli ktoś nie jest wielkim fanem takich rytmów, nie odczuje dyskomfortu podczas seansu. Można powiedzieć, że główny bohater żyje dzięki muzyce, nic dziwnego więc, że towarzyszy mu podczas całej animacji.
Polski dubbing od lat stoi na piedestale i z każdą kolejną animacją potwierdza, że jesteśmy w tym naprawdę świetni. Maciej Sztur, Bartosz Opania czy Agata Kulesza to tylko przykłady osób, które doskonale wcielają się w animowane postaci. W angielskiej wersji językowej oglądałam jedynie trailery, lecz zauważyłam, że w głosach bohaterów było można usłyszeć wyraźny latynoski akcent i wtrącane z dość dużą częstotliwością hiszpańskie słówka. Niestety w polskiej wersji trudno byłoby uzyskać taki sam efekt, jednak autorzy dialogów postarali się, aby ten meksykański aspekt zachować. 

Pod przepiękną szatą graficzną kryje się to, co w "Coco" najważniejsze, czyli przesłanie, jakie niesie. Animacja porusza kilka bardzo ważnych kwestii. Po pierwsze, to, o czym mówi każdy film Disneya, czyli, że należy podążać za marzeniami, jednak warto także wziąć pod uwagę rady innych, a nie ślepo brnąć na przekór wszystkim. Po drugie pokazuje świat zmarłych w bardzo pozytywny i zupełnie odmienny sposób postrzegania ich święta, które oczywiście jest pełne zadumy, ale także pozwala cieszyć się z duchowej obecności członków rodziny w ten szczególny dzień. 
Kwintesencją przekazu za to zdaje się być to, że nie ważne są sukcesy życiowe ani wielka sława, ważne, aby żyć tak, aby pozostał ktoś, kto będzie o nas pamiętał.

"Coco" to niezwykle ciepła i wzruszająca opowieść, na którą na pewno warto zabrać garść chusteczek. Przepięknie zrealizowana, idealnie zbilansowana dawka płaczu i śmiechu. Byłam tak zafascynowana, że nie zauważyłam żadnych wad tej opowieści, o ile w ogóle jakieś były. Prawdziwie magiczny sens.

Ocena: 10/10 




P.S.
Dodatkowo przed seansem można zobaczyć krótkometrażowy filmik nawiązujący do "Krainy lodu": "Przygoda Olafa", który idealnie nastraja na okres świąteczny, jednak trochę nie pasuje do klimatu "Coco". Na seansie dzieciaki napatrzyły się już na Olafa (21 minut!), dlatego później nie potrafiły już usiedzieć na miejscu. Ale to już historia do opowiedzenia na inny raz.

0 komentarze:

Prześlij komentarz